sobota, 24 grudnia 2016

Welcome back

Dłuuugo mnie tu nie było, lecz cóż poradzić na życie :)
Moja walka z depresją trwa nadal, raz wygrywam ja, raz ona zeruje licznik i znów zaczynamy budowanie wszystkiego od nowa. Przez ostatnie 10 miesięcy wydarzyło się wiele, wiele rzeczy którymi chciałabym się podzielić, lecz w głowie taki chaos :D
Jako, że nadeszły Święta, zgodnie z moją tradycją postanowiłam zrobić bilans roku.
Troszeczkę obawiałam się go, ponieważ nie wszystko w kończącym się roku było cudowne i wspaniałe. Spotkało mnie kilka nieprzyjemnych wydarzeń, jednak dochodzę do wniosku, że ten rok kończę na dużym plusie.
Po pierwsze: Spełniło się moje marzenie o wyjeździe do Londynu :) Tak, tak dość banalne i bez polotu :D Jednak mieszkanie, życie i praca tam działały na mnie jak plaster na rany. Tam poczułam się jak ryba w wodzie, Nieustanny ruch, masa ludzi wokół Ciebie i ta świadomość: Nikt mnie tu nie zna, nikt mnie nie ocenia. Tego mi było trzeba. Niestety, w Londynie też zdarzyło się coś czego chyba podświadomie mogłam się spodziewać. Zakończył się mój dwuletni związek z panem, którego na potrzeby bloga nazywać będę E. Było to trochę jak kop na twarz- z dnia na dzień zostać singielką wyrzuconą z naszego mieszkania i musieć zaczynać wszystko od nowa. Postanowiłam wrócić do Polski na jakiś czas.
 Lipiec- i wspaniały tygodniowy urlop nad morzem :)
Moim zwycięstwem są moi przyjaciele!
Niesamowite wakacje spędzone z kumplem jeszcze z czasów studiów. Pan K. jest nieoceniony. 5 dni odpoczynku: dużo lenistwa, spacery po plaży i szalony wypad do Łeby. Bez konkretnego planu, bez noclegu a jednak udało się! Dzień spędzony na wędrówkach i delektowaniu nadmorskim specjałami, wieczór i noc przetańczona w klubach, a nocowanie- to było dopiero doświadczenie! Deeszcz rzęsiście padający i przemaczający nas nieprzygotowanych do suchej nitki i dwie postacie opuszczające o 7 rano pospinane kosze plażowe. Moje dzieci będą słuchać tej historii :D
Powrót do domu- bez bagażu, ponieważ wszystkie swoje rzeczy zostawiliśmy w domu dziadka pana K. Odzyskałam je dopiero po kilku tygodniach, ale było warto.
Samo lato wspominam bardzo ciepło ( tak w tym roku było ciepłe, ale chodzi o ciepło wewnętrzne)
W październiku trzydniowy wypad do Poznania ( również z Panem K, koncert mixtape'u dj'a Decksa i gość specjalny Fat Joe (było fantastycznie). Wesele najpiękniejszej pary młodej jaką widziałam do tej pory. Wierzcie mi- jestem osobą bardzo krytyczną pod względem wyglądu :D
I tak od kilku tygodni czując marazm i stagnację czuję, że pora zwijać żagle i poszukać szczęścia gdzie indziej, ponieważ cały spokój, radość i pozytywne nastawienie ulatują ze mnie jak z przekłutego balonika :(
Cały czas marzę o moim ukochanym Londynie, ale póki co finanse nie pozwalają. Na najbliższy okres założenie mam takie: Zarób, odłóż, jedź! Zobaczymy czy się uda :)

Alexandra Palace, Londyn. 

Mój ukochany Burgess Park :) Mimo, że mieszkałam ponad pół godziny pociągiem stamtąd to i tak jest chyba moim ulubionym parkiem :D
Łeba- cisza przed burzą i myśliwce zamiast
ptaków na niebie :D


Poznań- Poznanie Wujka Samo Zło było trochę jak prezent, móc poznać istną legendę subkultury z którą się utożsamiasz i w której się odnajdujesz :D I tak w ogóle to jest on fantastycznym człowiekiem :P Tak wiem trochę dziwnie sukienka itd. to wszystko ze względu na to, że spotkaliśmy się z Wujkiem już w drodze na wesele :D


No i Wigilia. Tak wygląda mina kogoś kto się średnio czuję świątecznie :D No ale cóż, Wesołych Świąt :)

poniedziałek, 15 lutego 2016

Ciemność, widzę ciemność

Witam po kolejnym przeżytym i nie zepsutym przez depresję dniu :)

Ze względu na miejsce w jakim mieszkam mam bardzo dogodną możliwość obserwowania natury. Czasem lubię wstać wcześnie rano- chociaż nieraz przychodzi mi to z wielkim trudem. Wtedy właśnie korzystam z możliwości cieszenia się każdym szczegółem otaczającego mnie świata. Niezwykłe kolory, ich nasycenie, płynne przejścia pomiędzy nimi są ukojeniem dla mojej duszy :) Obserwowanie jak z ciemności wyłania się nowy dzień jest doskonałą metaforą człowieka, który toczy walkę z depresją. Kiedy nie ma w naszym życiu żadnego światła, nic nie sprawia nam przyjemności, codzienne obowiązki są jedynie automatycznie wykonywanymi czynnościami- to oznacza noc naszego życia. Kiedy dostrzegamy problem- nie zawsze jesteśmy w stanie sami sobie poradzić z tym co nas zżera od środka. Czujemy się źli na cały świat, siebie i najbliższych. Zaczynamy się izolować.
Jeśli my nie wytrzymujemy z samym sobą to jak ktoś inny byłby w stanie to zrobić. Najbliźsi widzą, że mamy problem i chcą nam pomóc, ale nie wiedzą jak. I to jest właśnie ten moment kiedy pora powiedzieć: Hej, stary/mamo/kochanie mam problem. Nie jesteśmy sami i nie musimy cierpieć w samotności. Ze swojego doświadczenia wiem, że najtrudniej jest przyznać, że nie radzisz sobie przed samym sobą i najbliższymi. Na szczęście moi rodzice są bardzo dobrymi obserwatorami. Widywali mnie najwyżej kilka razy w miesiącu, dość szybko zorientowali się co jest grane. Namówili mnie na wizytę u specjalisty. Mama czekała ze mną przed drzwiami gabinetu i dopilnowała, żebym nie stchórzyła i nie uciekła z przychodni. Czułam się jak dziecko. Wizyta u doktora z mamą. Miałam wtedy niecałe 21 lat. Jednak to było to czego wtedy właśnie było mi trzeba. Kiedy środki farmakologiczne zaczęły działać w moim życiu przyszedł świt. Świat zaczął stopniowo nabierać barw, życie przestało boleć tak bardzo. Jednak żadne leki nie pomogłyby gdyby nie wsparcie ze strony otoczenia i wielka chęć odczuwania czegoś więcej poza pustką trawiącą wszystko co spotka na drodze.

Chęć życia zawsze wygra. Musimy tylko dać jej szansę :)

https://youtu.be/cI_qHsFV7nw

niedziela, 14 lutego 2016

Czołem! :)

A więc rozpoczynam swoją przygodę z blogiem :)
Traktuję go troszkę jako formę terapii, a także sposób podzielenia się tym co mnie ciekawi, bawi, zajmuje. Cieszę się z małych rzeczy i tym się chcę z Wami dzielić. Chcę udowodnić sobie i wam, że depresja nie przejmie kontroli nad moim życiem. Jak każda walka jest to pojedynek wymagający od zawodników wiele wysiłku, potu, trudu. Czasami także łez. Każdy kto doświadczył epizodów depresyjnych zrozumie jak ciężko jest walczyć z tak potężnym nieprzyjacielem. Właśnie dlatego jestem tu! Może czasem będę pisać odrobinkę naiwnie, niepoprawnie, a nawet niepoważnie, ale taka jestem- szalona, kręcona i radosna, kiedy ta paskudna depresja mi nie dokucza :)
Od jakiegoś czasu interesuje mnie kwestia naturalnych kosmetyków. Próbowałam już farbowania włosów fioletem gencjanowym (efekt widoczny na zdjęciu :D) naturalnymi sposobami oczyszczania organizmu, czy poprawy metabolizmu. Dzisiaj z okazji Święta Zakochanych postanowiłam zrobić sobie prezent. W końcu kochamy siebie, prawda? :)  Przygotowałam pierwsze, własnoręczne  mydełko peelingujące. Na efekt końcowy muszę poczekać do jutra, ale samo przygotowywanie go było mega frajdą :)
Do przygotowania potrzebne są:

  • mydło- najlepsze jest takie bezzapachowe. W końcu zapach możemy nadać sami :)
  • miseczka, kubek
  • garnek
  • tarka- taka jakiej używacie do tarcia sera na pizzę
  • pojemniczek, który będzie stanowił formę dla mydełka. Najlepiej sprawdzi się plastikowy.
  • papierowy ręcznik 
  • odrobina oliwki, oleju arganowego, suchego olejku lub zwykłego oleju rzepakowego do nasmarowania formy.
  • drewniana łyżka
W mojej opcji jako dodatków użyłam:

  • czarnej kawy mielonej- ze względu na jej działanie złuszczające, poprawiające ujędrnienie i dotlenienie skóry
  • mielonego cynamonu- ma właściwości silnie rozgrzewające, poprawia mikro krążenie i tak jak kawa pomaga nam walczyć z cellulitem. Ja dodaję cynamon gdzie tylko mogę. Jego zapach pobudza mnie i poprawia samopoczucie :)
  • kawa zbożowa- raczej w celu wzmocnienia koloru mydełka.
Swoje czary rozpoczęłam od starcia mydła na tarce. Potem dodałam kawę czarną i zbożową. Następnie dodałam cynamon. Przygotowujemy kąpiel wodną: Do garnka wlewamy wodę. Należy pamiętać, żeby nie nalać jej zbyt dużo, bo w takim przypadku woda po prostu wleje się nam do mydełka.Podgrzewamy wodę. W międzyczasie do mydełka dolewamy ok. 10-12 łyżeczek wody, aby łatwiej się rozpuściło. Mieszamy drewnianą łyżką. Jeśli mieszanka jest zbyt sucha- nie bójmy się dodać więcej wody. Wkładamy miseczkę do garnka z wodą i obserwujemy jak mydełko się rozpuszcza. Najlepiej nie doprowadzić do zagotowania mydełka. Przygotowujemy foremkę, smarujemy ją oliwką. Półpłynną masę przelewamy do foremki. Po ostygnięciu wstawiamy mydełko do lodówki i zostawiamy je na 24 godziny. Po 24 godzinach lekko ostukujemy foremkę, aby wydobyć mydełko. Oliwka nam to ułatwi. Tadam! Mamy wspaniałe, własnoręcznie wykonane mydełko :)
W przyszłości zamierzam eksperymentować z różnymi wariantami olejków eterycznych i dodatkami. Kusi mnie mydełko migdałowe z olejkiem waniliowym :)